poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zwyczajna miłość

To był w sumie zwyczajny człowiek.
Historia jego życia nie rozpoczęła się zbyt epicko. Urodził się w jakiejś tam rodzinie, żył, uczył się…
Był też chrześcijaninem. Tak po prostu. Bez objawień, bez spektakularnego nawrócenia w stylu św. Pawła czy św. Augustyna. Zwyczajnie, był i już.
I jako chrześcijanin, zupełnie zwyczajny, poznawał swojego Boga. I uczył się kochać. Czym bardziej poznawał, tym bardziej kochał. I Boga nauczył się kochać, i ludzi. Tak po prostu, zwyczajnie kochać.

A może jednak to nie było takie zwyczajne…?

"Po swojej męce Jezus dał Apostołom wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym. (…) Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi."

To słowa, które Jezus wypowiedział do swoich uczniów. Do Apostołów, lecz także do tych, którzy uczniami stali się później. Tak jak Wojciech, który uczniem stał się ok. 900 lat po spisaniu tych słów. On także je usłyszał i przyjął do swojego serca. To przecież normalne, gdy jest się uczniem. I wypełniły się te słowa w życiu młodego Wojciecha. Zaczął opowiadać o Tym, którego poznał i pokochał. To także nic nadzwyczajnego – każdy kto pozna kogoś wspaniałego, kto naprawdę pokocha, będzie o tym opowiadał.

Opowiadał więc Wojciech z zapałem, bo serce płonęło miłością. Został kapłanem, później biskupem Pragi. A jeszcze później przekonał się, że wielu spośród tych którzy mówili że tak jak on kochają, kłamali. Zobaczył, że ludzie którzy kochać powinni, tylko o miłości mówią. On chciał kochać naprawdę, na obłudę w miłości zgodzić się nie chciał. "Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej" – wołał jak św. Paweł do tych, którym miłość prawdziwą chciał pokazać. Wołał, bo tych ludzi kochał także. A gdy się kocha, chce się dać drugiemu to, co się ma najpiękniejszego. Więc go wypędzili.

Później był czas w klasztorze. Było tam dobrze Wojciechowi – był tak blisko Ukochanego. Tylko że to było chyba zbyt mało. Przecież tamci ludzie też byli dla niego ważni. I tacy biedni, tacy nieszczęśliwi… Tak bardzo, jak tylko może być nieszczęśliwy człowiek, który kochać nie umie, choć miłość jest tak blisko. Przebaczył im, wrócił do Pragi. Słów swoich nie zmienił, bo Miłości swojej zdradzić nie potrafił. Wypędzili go znowu.

Znów klasztor, znów Ukochany tak blisko, i znów żal w sercu, że inni tego płomienia szczęścia nie mogą poczuć. Nie mogą, bo nikt im go nie chce zanieść, pokazać! Wyruszył zatem w drogę: Węgry, Polska, Prusy – tylu ludzi czeka na Skarb, który jest tak blisko, który ma w swoim sercu i chce przekazać innym. Prusacy obcięli mu głowę i zatknęli na wysokim palu, by każdy widział co o tym myślą.

Święty Wojciech – wielki człowiek. Ale taki zwyczajny. Po prostu kochał, nic więcej. A skoro kochał Boga, był Mu wierny. Byłby zresztą głupcem, gdyby swoje jedyne szczęście sprzedał za grosze. To nic nadzwyczajnego, że bronił swego skarbu. I kochał ludzi, więc chciał się tym skarbem podzielić. Ale oni odrzucili tę miłość.

Zwyczajny człowiek, zwyczajna historia, zwyczajna miłość. Bo przecież prawdziwa miłość to nie jest nic nadzwyczajnego, prawda?

Przecież człowiek może autentycznie kochać, prawda?

I to, że taka miłość często jest odrzucana, to też normalna sprawa…

sobota, 21 kwietnia 2012

Gdy wiatr i burza…

"Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wiatru. "

Zrobiło się już ciemno. I tak się jakoś stało, że Jezus zostawił ich samych. Pokazał im tylko drogę, i kazał płynąć. Sami więc wsiedli do łodzi, sami wypłynęli. Musieli to zrobić, bo przecież czas nie stoi w miejscu. Czas mija, trzeba więc iść do przodu, trzeba iść dalej. Czasami tak właśnie bywało – oni szli dalej, bo tak trzeba, a Jezus jakoś się zawsze później odnajdywał. I pewnie nie było by nic wyjątkowego w tej historii, gdyby nie burza. Ryk potężnego wichru, huk ogromnych fal zalewających łódź, samotność uczniów opuszczonych przez Mistrza w tej trudnej drodze… Przerazili się. To jezioro chciało ich zniszczyć, to wędrowanie miało się skończyć na dnie mrocznej i zimnej otchłani. Tak bardzo się bali. Pełne wysiłku uderzenia wioseł, które do nikąd nie chciały prowadzić. Nic nie zmieniały, choć kosztowały tak wiele. Brzeg zakryty przez ciemność przed ich oczyma, tak bardzo nierealny – jakby ze snu tylko. Za to fale były prawdziwe. Wysokie jak domy, co chwilę rzucały się na tę małą łódeczkę, odbierając oddech i nadzieję. Ogłuszające wycie wichru… I jeszcze ta Zjawa, majacząca gdzieś pośród fal…

"Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się."

Nie było już nadziei w sercach uczniów. Widzieli cuda Jezusa. Wiedzieli, że On wszystko może. Może kilkoma chlebami nakarmić tysiące, uzdrawiać chorych, wskrzeszać umarłych. Z Nim nic złego nie mogło się stać. Widzieli Jego miłość, byli pewni… Ale to było kiedyś, tak bardzo, bardzo dawno - na brzegu. A teraz są sami na jeziorze, i jest burza. Ta Postać pośród fal, w oddali…

"On zaś rzekł do nich: To Ja jestem, nie bójcie się!" W końcu Go poznali, tego głosu nie można było pomylić! Nawet pośród najsilniejszej burzy Jego głos usłyszy serce człowieka!
I teraz czas na decyzję: ratować się? Walczyć o życie z czarną głębiną, z potężnymi falami i wichrem? Czy pozostawić wiosła, odwrócić oczy od szalejącej burzy, i wyciągnąć ręce ku Niemu? Gdy na chwilę zapomną o burzy, ona pewnie ich zniszczy… Lecz On może wszystko!
Podjęli decyzję. Jeśli przez burzę, to z Nim. Jeśli trzeba dostać się na drugi brzeg, jakoś dotrzeć do celu, to z Nim. Zwyciężyć świat i żyć można tylko z Nim.

"Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali."

Był brzeg. Tak po prostu.
Nie było bezkresnego jeziora, nie było wysokich jak góry fal, nie było wichrów… Był cel. Dotarli do niego, choć wydawał im się tylko snem. Dotarli natychmiast, choć wydawało się że przez wieczność całą bezskutecznie wiosłują. Nie było wichru, były tylko te ciepłe słowa Jezusa - gdy wyciągnęli po Niego swoje dłonie. To nie bezpieczny brzeg, nie cel wędrówki były snem, tylko mrok i burza. Ta bezkresna otchłań, wysokie jak góry fale i bezsens walki były majakami chorych z lęku serc i umysłów, nie ta Postać w oddali.

Wystarczyło podjąć właściwą decyzję. Spojrzeć we właściwą stronę, wyciągnąć rękę w Jego stronę i zwyciężyć.

Tak to uczniowie przeprawiali się przez jezioro…

Ty też musisz przepłynąć do swojego celu, na bezpieczny brzeg. Jak każdy z nas. Głębina, burza i wicher. Fale wysokie jak góry, a pod nimi mroczna otchłań. Cel który wydaje się tylko naiwnym snem z dawnych lat. I ta Postać, jak zjawa majaczy pośród tego wszystkiego, gdzieś w oddali… Jaką decyzję podejmiesz? Odwrócisz się od Niego, by walczyć z falami? Będziesz wpatrywał się w mroczne głębiny, wymachiwał na oślep wiosłami, aż w końcu zrezygnujesz? I z sercem złamanym przez lęk, samotność i rozczarowanie pozwolisz by ten mrok cię pochłonął… Czy może w końcu zwrócisz się ku Niemu? Widzisz Go przecież, majaczy gdzieś w oddali.

On wszystko może. Widziałeś cuda, pamiętasz? To było tak bardzo, bardzo dawno – jakby w innym życiu, ale pamiętasz.

To burza jest snem, beznadzieja, bezsens – nie On. Wszystko rozgrywa się w twoim sercu. Żadna burza, żaden wicher tego świata cię nie zniszczy, jeśli się na to nie zgodzisz.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Wielka Noc

Minęła już ta Wielka Noc. Wielka, bo tyle się wydarzyło. I jakże długa…

Gdy skończył się czwartkowy wieczór, gdy uczniowie wraz z Jezusem opuścili wieczernik by modlić się razem w Ogrodzie Oliwnym, zapadła Noc. Przyszedł Judasz z żołnierzami i sługami arcykapłanów. Noc się zaczęła, bo pocałunek zdrady zakończył trzy lata cudownego życia. Noc, bo zabrali Go, światło ich oczu i serc, i zamknęli w ciemnicy. Noc zdrady, zaparcia się i ucieczki.
Była Noc, i słońce wschodzące w piątkowy poranek nie mogło tego zmienić. Blask południa wręcz spotęgował mrok, bo ujrzeli Go przybitego do drzewa hańby. Sprawił, że mogli ujrzeć wyraźnie każdą kroplę Jego Krwi wsiąkającą w wyschniętą ziemię wzgórza Golgoty. Widzieli jak umarł. A wraz z Nim umarła nadzieja. Miłość umarła na krzyżu. Serce Judasza pękło do końca, a Piotr płakał zamknięty w wieczerniku. Wieczorem słońce zgasiło swój blask, by ciemnością choć na chwilę zakryć mrok tej Nocy, by zapłakanym oczom uczniów dać chociaż chwilę wytchnienia. A gdy w sobotę ukazało się znów na niebie, ujrzało tylko pustkę. Usłyszało tylko ciszę. Uczniów nie ujrzało, bo i oni oglądać go już więcej nie chcieli. Noc przecież trwała, więc siedzieli zamknięci w wieczerniku, ukrywając swoje twarze przed światłem. Noc śmierci, która miała już trwać na zawsze. Bo gdy nadzieja umarła, gdy Miłość leży w grobie, dzień nikomu nie jest już potrzebny. Nikt na niego nie czeka. Ukryło się więc słońce, zgasiło swój blask, wypełniając ciemnością mrok tej Nocy…

I gdy trzeci raz ciemność zaległa nad światem, mrok nagle ustąpił. Pośród ciemności Noc jak dzień zajaśniała! Choć ciemność była nad światem, Noc się skończyła! Bo Miłości zabić się nie da! A gdy Miłość żyje, i nadzieja musi zmartwychwstać. A Krew, gdy z martwego serca wypłynęła by wsiąknąć w wyschniętą ziemię, wydała plon nowego życia. Gdy w niedzielny poranek wzeszło słońce, wzeszło nad światem który już nie musi się bać i ze wstydu ukrywać swej twarzy, bo Krwią Miłości został obmyty z judaszowej zdrady, z piotrowego wyparcia się, z każdego mojego grzechu.

A teraz, gdy ta Wielka Noc się już skończyła, niech trwa Wielki Dzień! Dzień nadziei dla mnie i dla ciebie! Nasze Życie zmartwychwstało!

Więc żyjmy!


 

PS:

Serdeczne, choć może nieco spóźnione, życzenia błogosławionych Świąt Zmartwychwstania!

środa, 28 marca 2012

Nigdy nie zagubić siebie

"Król Nabuchodonozor powiedział: Czy jest prawdą, Szadraku, Meszaku i Abed-Nego, że nie czcicie mojego boga ani nie oddajecie pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłem? Czy teraz jesteście gotowi - w chwili gdy usłyszycie dźwięk rogu, fletu, lutni, harfy, psalterium, dud i wszelkiego rodzaju instrumentów muzycznych - upaść na twarz i oddać pokłon posągowi, który uczyniłem? Jeżeli zaś nie oddacie pokłonu, zostaniecie natychmiast wrzuceni do rozpalonego pieca. Który zaś bóg mógłby was wyrwać z moich rąk?"

Czy to prawda, że nie robicie tego co wszyscy? Czy to prawda, że jesteście inni niż wszyscy? Że nie boicie się myśleć inaczej, żyć inaczej, inaczej czuć? Macie odwagę sprzeciwić się światu? Jesteście młodzi, macie życie przed sobą. Macie wybór – dostosujcie się, zapomnijcie o tym jak żyliście kiedyś. Zapomnijcie o tym, co było kiedyś dla was tak bardzo ważne. Poddajcie się, a będziecie żyć. Bądźcie tacy jak my. Znajdziecie też moją łaskawość, dam wam wszystko. Będziecie żyć całą pełnią! Możecie też wybrać inaczej. Możecie dalej czcić te wasze śmieszne wartości, dalej śnić wasze sny. Ale będziecie sami. Zupełnie sami, bo inni was wyszydzą i wyśmieją. Traficie w ogień, i wszystko spłonie. Nie będzie przyjaciół, imprez, śmiechu. Niczego nie będzie. Oprócz ognia i śmierci. Co wybieracie?

I trzej młodzieńcy z Księgi Daniela dokonali wyboru: "Szadrak, Meszak i Abed-Nego odpowiedzieli, zwracając się do króla Nabuchodonozora: Nie musimy tobie, królu, odpowiadać w tej sprawie. Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu! Jeśli zaś nie, wiedz, królu, że nie będziemy czcić twego boga, ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś."

Oni wybrali ogień. Choć przecież mogli wybrać inaczej, łatwiej, przyjemniej. I ogień otrzymali, w ogień ich rzucono. A później przekonali się, że choć piec był rozpalony siedem razy mocniej niż było trzeba by zabić człowieka, śmierci w nim nie było. Było życie, i była chwała! Zachowali wszystko co tak bardzo szanowali, i zyskali cudowne życie. A także godność i dumę.

A dziś… Dziś jest tak samo. Bo świat się nie zmienił. I ty, i ja słyszymy to samo pytanie, które usłyszeli młodzieńcy z Księgi Daniela. I musimy dokonywać wyboru – ogień odrzucenia, wyśmiania, samotności… Lub zdrada, przyłączenie się do tłumu tekturowych postaci.
Ich było trzech, trzem chyba jest łatwiej… Łatwiej wejść w ogień wiedząc że obok jest ktoś, kto czuje, myśli i kocha tak jak ja. Potężne płomienie wydają się wtedy mniejsze, mniej ważne. Dwóch, trzech przeciw całemu światu – to się da zrobić!

Przede mną wybory – wierność lub zdrada. Każdego dnia. I każdego dnia staję naprzeciw płomieni. Kiedyś było kilka osób, które stały obok. Myślałem że czuli tak jak ja, myśleli tak jak ja… I może naprawdę tak było. A może zupełnie inaczej. W każdym razie odwrócili się i odeszli. Ale ja nie chcę odejść, choćbym sam musiał wchodzić w te płomienie. Nie chcę zdradzić. Bo te płomienie, choć tak przerażające, nie przyniosą mi śmierci, lecz prawdziwe życie. PRAWDZIWE ŻYCIE! Wejdę w nie, choćby nawet sam!

"trzeba być prawdziwym, nie stać z kłamstwem na ustach
aby móc patrzeć w oczy i nie wstydzić się odbicia z lustra
wszystkie sprawy w życiu to decyzja własna
a co to mnie obchodzi, że ktoś bierze mnie za błazna
choć los ustawił nas na różnych polach szachownicy
ołowiane żołnierzyki i prawdziwi zawodnicy
co się dla mnie liczy…"

 
 

PS:

http://www.youtube.com/watch?v=_Wh9cSA_2sc

niedziela, 25 marca 2012

Gdy umierają marzenia

I gdzie jest to szczęście? Gdzie to życie, które miało być tak wspaniałe?

Z Szymonem Piotrem było łatwo, choć nie miał on łatwego charakteru.
Szara, brudna łódź. Brudne, cuchnące sieci. Szare, brudne i smutne życie. Ale w sercu Szymona Piotra była tęsknota za czymś innym, czymś prawdziwym i pięknym. Były piękne i kolorowe sny, były marzenia. Jego życie było beznadziejne, ale ogień w sercu płonął. Wystarczyło więc jedno krótkie zdanie Pana "choć ze mną", by zapłonęło całe życie. Wystarczyło jedno spojrzenie w Jego oczy, by Szymon odwrócił się od całej tej szarości i beznadziei, by stał się Piotrem. By zacząć żyć naprawdę. Spotkał Boga i znalazł Życie.

W Ewangelii był jeszcze jeden Szymon. Takie samo imię, podobny los. Zamiast szarej łodzi – szara ziemia uprawnego pola. Zamiast cuchnących sieci – cuchnąca gnojówka. Ale to tylko szczegóły, nieistotne drobiazgi. Bo życie tego Szymona było tak samo smutne i beznadziejne. Tak samo bezsensowne i bezcelowe. Dwa żywe trupy, o tym samym imieniu. Jeden nad jeziorem Genezaret, drugi na polu nieopodal Cyreny. Marzenia pierwszego z nich się spełniły, Życie weszło w jego smutny i szary świat i zabrało go ze sobą, daleko od sieci i beznadziei. A co z tym drugim, tym z Cyreny? Czy jego losem Bóg się nie przejmował?

A może to on sam przestał się przejmować? Może za często, za długo patrzył w ziemię. Tak często i tak długo, że zapomniał jak wygląda świat? Może przestało go obchodzić, jak piękne może być nocne niebo pełne gwiazd, bo po całym dniu pracy plecy tak go bolały, że już mu się nie chciało wyprostować i w to niebo spojrzeć? Może zamiast marnować czas na jakieś głupie marzenia o nie wiadomo czym wolał iść spać, bo jutro rano trzeba znów wstać i iść na pole? Gdyby Jezus tamtego dnia, zamiast do Szymona znad jeziora Genezaret poszedł do Szymona z Cyreny, gdyby to do niego powiedział "choć ze mną", co by usłyszał? Nie mam czasu? Nie przeszkadzaj mi, ja tu mam swoje życie, swoją robotę. Skończ z tymi opowieściami dla naiwnych marzycieli, tu jest prawdziwe życie. Szare, brudne, cuchnące gnojówką – prawdziwe… Czy Szymon z Cyreny w ogóle oderwał by swój wzrok od ziemi, by spojrzeć w oczy Jezusowi? Serce umarło, ogień zgasł.

Trzy lata później jednak się spotkali. Na drodze. Szymon wracał zmęczony z pola. Oczy wbite w ziemię, myślami przy misce z zupą. Jak zawsze, jak co dnia. Było jakieś zbiegowisko, kogoś mieli krzyżować. Jakiegoś Mesjasza, cudotwórcę. Coś tam o Nim kiedyś słyszał. Nawet widział Go wcześniej raz czy dwa. Ale co go to mogło obchodzić, kolejny opowiadacz bajek i tyle. Zupa na stole była ważna, nie jakieś opowieści. I łóżko, bo jutro znowu trzeba do roboty. Mesjasz za niego pola nie obsieje, obiadu nie ugotuje. Szedł więc Szymon spokojnie do domu. I doszedł by, gdyby nie ci przeklęci żołnierze. Chwycili go, powlekli w stronę Skazańca, kazali chwycić jeden koniec belki. Była taka ciężka, taka poniżająca. I tak śliska od krwi. Ta krew… Kiedy poczuł ją na swoich dłoniach, poczuł że musi spojrzeć. Musi podnieść wzrok, i spojrzeć na Tego, który trzymał drugi koniec drewnianego pala. Słyszał Jego ciężki oddech, słyszał nawet bicie Jego serca! Ta krew była taka… czerwona. Taka świeża i gorąca. Tak inna niż to szare błoto, które oglądał na co dzień! Podniósł więc głowę i spojrzał w Jego oczy. I cały świat stał się świeży i gorący, jak ta krew. I serce Szymona obudziło się z koszmarnego snu.

Może nie było dla tego człowieka innego ratunku. Może tylko ten krzyż mógł go obudzić. Bo czasem słowa, nawet najpiękniejsze, to zbyt mało. Kiedy serce umrze, kiedy człowiek zapomina jak się marzy, kiedy przestaje tęsknić za Życiem, Życie przychodzi i daje krzyż. Ostatnią szansę na przebudzenie.

Ewangelia nie mówi, jak dalej potoczyło się życie Szymona z Cyreny. Ale ja wierzę, bardzo chcę wierzyć, że człowiek który usłyszał bicie serca Boga tak bardzo blisko siebie, nie będzie mógł zapomnieć.

Szymon z Cyreny nie był gorszy czy mniej ważny od tego znad jeziora Genezaret. Może był słabszy, może głupszy. Jezus przechodził obok niego kilka razy… I jemu właśnie poświęcił kilka z ostatnich minut swego ziemskiego życia. I dał mu do potrzymania swój krzyż, by pokazać jak bardzo go kocha. By mu przypomnieć, że życie może być inne.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Crux Sacra Sit Mihi Lux, Non Draco Sit Mihi Dux

Zawołał ktoś z tłumu:
"Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. Ten, gdziekolwiek go chwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli.(…) Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam! Jezus mu odrzekł: Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy. Natychmiast ojciec chłopca zawołał: Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!"

Dziś może bardziej blogowo, bardziej osobiście… Bo i te Słowa Ewangelii jakoś tak mocno czuję w swoim sercu. Jako do mnie osobiście kierowane przez Pana.
Rozumiem, co musiał czuć ten ojciec, bezskutecznie szukający ratunku dla swego dziecka. Rozumiem, co musieli czuć uczniowie Jezusa, całym sercem pragnący udzielić pomocy. Bezradność.
Bezradność, która w sercu ojca rodziła rozpacz. Bezradność, która w sercach uczniów rodziła głęboki wstyd i zwątpienie.
Rozumiem to dobrze, bo tak często czuję podobnie.
Ludzie mówią do mnie "Ojcze". Przychodzą do mnie jako do ucznia Jezusa, do apostoła. Przychodzą ze swoim nieszczęściem, przygnieceni i zniewoleni mocą ducha nieprawości, szatana. Patrzą na mnie jak na ojca i jak na apostoła, a ja tak często nie potrafię im pomóc. Choć przecież wierzę. Wierzę, tyle razy własnymi oczyma oglądałem cuda. Wierzę, ale… No właśnie. Niech mi tej wiary wystarczy przynajmniej na tyle, bym Jego umiał prosić o jej pomnożenie. Jak ten ojciec z Ewangelii. Do czynienia cudów wiary mam zbyt mało. Ale wierzę na tyle, by się modlić.
I ciebie o modlitwę proszę. O modlitwę za mnie, i za tych, za których ja się modlę. Bo duch nieprawości, szatan, jest pośród nas i działa.
"Dlaczego my nie mogliśmy go wyrzucić? Rzekł im: Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą /i postem/." I o to cię dziś proszę – o twoją modlitwę i post.

środa, 15 lutego 2012

Sam pośród cieni

Czym się różni człowiek od drzewa? Różni się? A może jednak nie aż tak bardzo? Oczywiście, drzewo i człowiek to nie to samo, ale… Widzisz różnicę?

To drzewo, które mijasz każdego dnia – rośnie sobie przy chodniku, pamiętasz je? Nie, nie pamiętasz. Nie wiesz o które mi chodzi, przecież jest ich tyle… Tyle drzew, jedno tak bardzo podobne do drugiego. A przecież każde jest inne. Każde ma swoją historię, swoją własną. To o którym ci mówię, też ma swoją. Kiedyś ktoś je tam zasadził, dawno temu. A potem mijały lata, zmieniały się pory roku. Drzewo wiosną wypuszczało pąki, jesienią zrzucało liście i zapadało w zimowy sen. To bardzo konkretne drzewo, z własną historią. Ty mijasz je codziennie, ale tej historii nie znasz. Bo cóż cię ona może obchodzić. To przecież drzewo. Widzisz je, omijasz, nie wpadasz na nie. Widzisz, lecz nie dostrzegasz. To przecież tylko drzewo.

A ludzie? Mijasz ich każdego dnia, idąc tym samym chodnikiem przy którym rośnie drzewo. Co dzień tak wielu. I każdy inny. Widzisz ich, przecież na nich nie wpadasz. Omijasz, i idziesz dalej. Każdy jest inny, każdy ma swoją historię której nie znasz. I której znać nie chcesz, bo co cię to może obchodzić. Przecież to tylko drzewa. Nie, nie drzewa, ludzie. Ludzie, drzewa - tak trudno odróżnić…

"Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: Czy widzisz co? A gdy przejrzał, powiedział: Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa. Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał /on/ zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie."

Czy człowiek różni się od drzewa? Widzisz różnicę? Widzisz ludzi? A może nie widzisz, jak wielu nie widzi. Może widzisz ich oczyma ciała, tak jak widzisz drzewa. Widzisz, lecz nie dostrzegasz. I jesteś sam. Sam pośród lasu cieni. Sam.

Ale to przecież tylko złudzenie. To tylko choroba. On może cię wyleczyć. Jeśli pozwolisz, by wziął cię za rękę i poprowadził… gdzieś. I zrobił z tobą coś, czego nie rozumiesz. Jeśli Mu zaufasz, już dłużej nie będziesz sam.